Podchodzenie do talerza
Był koniec sierpnia, kiedy wraz z mamą, tatą i młodszym bratem wsiadłam na pokład samolotu lecącego do Arizony. Przez całe lato bawiłem się w kuchni, opierając się głównie na książkach kucharskich i radach przyjaciół. Książki kucharskie byłyby trochę za duże w mojej torbie podręcznej, a poza tym założyłem, że na wakacjach będziemy głównie jeść poza domem.
Wysiedliśmy z samolotu i wpadliśmy w time-lapse. W ciągu kwadransa powitalne błękitne niebo zamieniło się w atramentowe czarne chmury i ulewne deszcze. Ostrzeżenia o powodziach wysadziły nasze telefony, gdy ścigaliśmy się, by wynająć samochód, kupić artykuły spożywcze i przetrwać dziesięć mil jazdy do naszego VRBO. Oświetlenie ożywiało nasze twarze uderzającymi cieniami.
Kiedy mój tata wjechał na parking Trader Joe's, moja mama jechała ze strzelbą, mój brat i ja na tylnym siedzeniu, znów poczułem się jak 15-latek. Już wtedy marzyłem o tym, by usiąść za kierownicą. Gdy już znalazłem się w środku, miniona dekada, znana z szybko rosnącej odpowiedzialności, wdarła się we mnie z powrotem z ogromną szybkością.
Dziesięć lat temu podążałbym za wózkiem z zaszklonymi oczami. Tym razem zostawiłem rodziców samym sobie, wybierając bułki ciabatta, marynowaną mozzarellę, pomidory, bazylię i polewę balsamiczną. Zanim przyjechaliśmy na noc, moi rodzice byli wyczerpani długim dniem podróży. Delektowałem się tym nowo odkrytym poczuciem spokoju i swobody w kuchni, zachęcając rodziców do odpoczynku, podczas gdy ja składałem kanapki.
Moi rodzice poznali się w szklarni, gdzie oboje zarabiali na życie uprawiając rośliny. Wychowali mnie jak ukochaną sadzonkę wśród Naparstnicy i Orlików, karmili naukową pracowitością. Przyjmowałem odpowiednie ilości witamin i składników odżywczych, dużo wody. To moje babcie nauczyły mnie najpilniej strzeżonego sekretu mojej matki: po prostu możemy jeść dla przyjemności.
Moja babcia Linda wychowała czwórkę dzieci w Alliance w Nebrasce. Skromna kobieta, jej ulubionym tematem rozmów była Biblia. Ja natomiast chciałem wiedzieć, jak nauczyła się latać samolotami albo co robiła, kiedy pracowała dla CIA. Nigdy nie miała wiele do powiedzenia na ten temat, poza tym, jak trudno było być dziewczynką, kiedy dorastała.
Każdego lata przyjmowała mnie i moich kuzynów i pozwalała nam szaleć przez kilka miesięcy. Wdzięczność za tę cenną niezależność okazaliśmy, przygotowując jej śniadanie w dniu jej urodzin każdego czerwca. Zawsze sprawiała, że czuliśmy się mile widziani w jej kuchni.
Babcia Linda nauczyła mnie piec ciasteczka z kawałkami czekolady, kiedy byłem jeszcze na tyle mały, że mogłem siedzieć ze skrzyżowanymi nogami na blacie i nabierać mąkę do wielkiej, dużej miski jej lśniącego, czerwonego KitchenAid. Podczas wakacji pomagałam jej w przygotowaniu świętego przepisu naszej rodziny: Scotcharoos. Słodka uczta łączyła masło orzechowe i ryżowe chrupki na spodzie z czekoladą i chipsami toffi roztopionymi i rozsmarowanymi na wierzchu. Do dziś wsuwa mi batoniki czekoladowe w dłoń, ilekroć wracam do domu z wizytą.
Wszystkie ciasteczka i czekolada były dla mnie inspirujące, ale moja mama ze swojej strony wykonała wspaniałą robotę, chroniąc mnie przed złem przetworzonego cukru i całych kostek masła. Kiedy chciałem upiec ciasteczka z moimi przyjaciółmi, narzekała, że zrobimy bałagan, ale myślę, że tak naprawdę po prostu nie pochwalała pobłażania. Czasami się poddawała i pozwalała ubić ciasto, ale kiedy zaczęliśmy go degustować, traciła panowanie nad sobą. Surowe jajka? Nie! Oszalałeś?
Polecieliśmy do Arizony, żeby odwiedzić babcię Lindę, ciocię Vicki i kuzynkę Jessicę. Niedawno przenieśli się z naszej zwartej jednostki PNW do słonecznej Mesy, pomimo burz i skorpionów. Wciąż osiedlając się w nowym domu, woleli spędzać z nami czas w naszej wypożyczalni.
W tej nowej podmiejskiej dzielnicy restauracje nie nadążały za osiedlami mieszkaniowymi, więc jeśli chodzi o jedzenie, byliśmy w większości zdani na siebie. Zacząłem gotować śniadanie każdego ranka, ponieważ byłem głodny i nikt inny nie wydawał się tym przejmować.
Wylegiwanie się nad basenem i wypatrywanie na horyzoncie oznak nadchodzących monsunów przypomniało mi gorące klimaty, do których ostatnio podróżowałem: Tampa, Meksyk, Puerto Rico. Następną rzeczą, o której wiesz, było ubijanie margarity i tostów, guacamole z papryką, które znaleźliśmy na lokalnym targu, eksperymentalne koktajle z importowanymi owocami tropikalnymi, których nigdy wcześniej nie widziałem i nie mogłem nazwać. Babcia Linda zaczęła nazywać mnie „małym szefem kuchni”, a moi rodzice wzruszyli ramionami, mówiąc: „Nie możemy narzekać”.
Zaraziłem się podróżniczym bakcylem od mojej babci Arlene. Zawsze mieszkała daleko, więc okazje, które spędzaliśmy razem, były ekstrawaganckie. Katoliczka, która nigdy nie planowała przejścia na emeryturę, ciężko pracowała przez całe życie i nadal ciężko pracuje. Od Disney World po Sears Tower, pokazała mi wielki świat do odkrycia.
Zacząłem latać sam, gdy miałem 12 lat. Razem jedliśmy Chow Mein w Seattle, Barszcz w Chicago, Grouper w Miami. Nasze posiłki często przeciągały się do późnej nocy, podczas gdy ona napełniała mój brzuch obcymi smakami, a mój mózg przydatną wiedzą, na przykład jak ssać krewetki z ogonów albo jak jeść pałeczkami ryż.
Nauczyła mnie nie tylko, jak dobrze jeść, ale także jak jeść z klasą. W dzieciństwie czas na herbatę wymagał błyszczących czerwonych sukienek i świeżo pomalowanych paznokci. Kiedy byłem na studiach, po raz pierwszy zabrała mnie do Europy. Ponad wiek picia w Starym Świecie, zgodnie z jej sugestią zamówiłem swój pierwszy koktajl, elegancki drink, którego docenienie zajęłoby mi lata: staromodny.
Moi rodzice wahali się, czy pozwolić mi podróżować od tak młodego wieku. Zawsze ostrzegali moją babcię, żeby nie rozpieszczała mnie „zgniłą”, ale to nie miało znaczenia. Wracałem do domu „absolutny potwór”, a moja mama spędzała następny miesiąc po wycieczce, ucząc mnie od nowa znaczenia słowa „nie”.
Obiady w domu były prostą sprawą. Latem zbieraliśmy sałatę i pomidory z ogródka, a tata grillował kurczaka. Zimą na Święto Dziękczynienia i na Boże Narodzenie jedliśmy dokładnie ten sam tradycyjny obiad z indyka z dressingiem, ignamem i zapiekanką z brokułów cheddar. Kiedyś powiedziałem mamie, że ucieknę do szkoły gastronomicznej (prawdopodobnie po zjedzeniu kolejnego dobrze wypieczonego burgera), a ona nie chciała mi dogodzić. Nigdy nie rozumiała, dlaczego w końcu się wyprowadziłem, nie do szkoły gastronomicznej, ale z powodu dyplomu sztuk wyzwolonych. Po co miałbym przeprowadzać się do ciasnego miasta, skoro mogłem wygodnie mieszkać w domu za darmo?
Brzmi to banalnie, ale potrzebowałem wędrować, parać się, podążać za swoją ciekawością. Wiedziałem, skąd pochodzę, ale chciałem się dowiedzieć, jaka będzie moja rola w tym gobelinie naszej rodziny. Czy kiedykolwiek spojrzę na talerz z jedzeniem i obliczę w myślach miligramy kwasów tłuszczowych omega-3, tak jak robiła to moja mama? Czy chciałem? Czy kiedykolwiek mógłbym uchodzić za katolika urodzonego w Chicago z moim uznaniem dla włoskiej kuchni? A może posiadasz cenną rzecz w kuchni, taką jak KitchenAid babci Lindy?
Zawsze czułem się taki… inny . Nie mogłem uznać żadnej z tych perspektyw za swoją, ale z własnego punktu widzenia widziałem przeplatające się relacje między nimi. Próbując dopasować się tak długo, wahałem się, czy postawić swoje roszczenie, powiedzieć „tutaj stoję”.
Wciąż uczę się gotować, ale myślę, że już wiem, kim jestem w kuchni. Gotuję z głębokim uznaniem dla owoców i warzyw, które zaszczepili we mnie moi rodzice. Gotuję z bogatą dekadencją nienasyconej słodyczy babci Lindy, w połączeniu ze światowym wpływem zamiłowania babci Arlene do przygód.
Kilka godzin przed wyruszeniem na lotnisko i złapaniem lotu powrotnego chciałem ugotować ostatni posiłek dla mojej rodziny.
Chciałem posmakować pustyni.
Zacząłem od puree kokosowego i słodkich ziemniaków, ostrej papryki i słodkiej papryki. Poważnie nie doceniając poziomu pikantności ostrej papryki po zmieszaniu nasion i wszystkiego, skończyłem z bazą, która sprawiła, że moje oczy łzawiły. Mój młodszy brat i moja babcia nie byliby w stanie znieść ani jednego kęsa. Zacząłem gorączkowo googlować. Dodałem każdą skrobię i produkty mleczne, które zostawiliśmy w lodówce, a mimo to spaliło się. Dodałem tyle masła, ile mogłem rozsądnie, a mimo to spaliło się.
Wyrażając moją panikę przed Babcią Lindą, powiedziała, że zamiast tego zawsze możemy zjeść resztki kukurydzy. Kukurydza, pomyślałem. Dlaczego o tym nie pomyślałem?
Wyciągnęłam grillowaną kukurydzę z lodówki i zaczęłam kroić ziarna i wrzucać je do garnka. Mieszałem je i czekałem niecierpliwie, aż się zagrzeją, po czym wziąłem do ust łyżkę zupy. Ku mojej uldze wszystkie smaki w końcu osiągnęły idealną równowagę. Odetchnąłem z ogromną ulgą.
Zaledwie godzinę przed tym, jak musieliśmy załadować się do wynajętego samochodu i pożegnać się z naszym „luksusowym domem wakacyjnym”, nalałem chochlą zupę z posiekaną papryką, gałązkami mięty, zieloną cebulą, rzodkiewką i kwaśną śmietaną. Nawet mój młodszy brat i moja babcia myli swoje talerze.
Chociaż książki kucharskie są świetnym punktem wyjścia do doskonalenia gotowania, ten tydzień w Arizonie zmusił mnie do wyrwania się z rutyny przepisów. Podobnie jak dziecko, które uczy się od swoich rodziców, a potem w końcu podąża własną ścieżką, każdy, kto gotuje, w końcu doczeka się własnego momentu dojrzewania. Każdy z nas rozwija intuicję, niezależnie od tego, czy jesteśmy tego świadomi, czy nie, przez lata osobistych doświadczeń z jedzeniem. Dla tych, którzy odważą się improwizować, gotowanie stanowi okazję do skorzystania z tej głębokiej studni zinternalizowanej wiedzy i wyrażenia czegoś wyjątkowego dla tego, kim jesteśmy.

![Czym w ogóle jest lista połączona? [Część 1]](https://post.nghiatu.com/assets/images/m/max/724/1*Xokk6XOjWyIGCBujkJsCzQ.jpeg)



































