Tylko Przechodzimy

Dec 02 2022
Winiety życia, śmierci i praktyki
Napisane przez Maren Morgan „To straszne kochać to, czego może dotknąć śmierć. Straszna rzecz kochać, mieć nadzieję, marzyć, być - być, I oh, stracić.

Napisane przez Maren Morgan

Zdjęcie Mike'a Labruma na Unsplash

To straszna rzecz

kochać to, czego może dotknąć śmierć.

Przerażająca rzecz

kochać, mieć nadzieję, marzyć, być –

być,

Ach, przegrać.

Rzecz dla głupców, to

I rzecz święta,

rzecz święta

kochać.

Bo Twoje życie żyło we mnie,

Twój śmiech mnie kiedyś podniósł,

Twoje słowo było dla mnie darem.

Wspomnienie o tym przynosi bolesną radość.

To ludzka rzecz, kochanie,

rzecz święta, kochać

czego dotknęła śmierć.

— Yehuda HaLevi

– To tylko część kręgu życia – powiedział mój ojciec, aw jego lodowato niebieskich oczach pojawiły się świeże łzy, które zdawały się rozjaśniać pod smutkiem. Jego oczy są takie same jak moje — stają się bardziej niebieskie od łez.

Kiwnąłem głową i odwróciłem się do niej, niepewny. Niepewnie podszedłem do niej na stole. Mimo że byłam wtedy dorosła, wciąż byłam zaskoczona tym, jak zimna była jej skóra. Narastał we mnie smutek i strach. Moja Nana odeszła. To było jej ciało, tak, ale już jej tu nie było. Słyszałem pociągnięcia nosem i szepty mojej najbliższej i dalszej rodziny wokół ołtarza, na którym umieszczono jej ciało, gdy patrzyłem jej w twarz. Wyglądała na spokojną, jakby tylko spała. Słyszałem szuranie nóg za drzwiami. Tak szybko wyjeżdżamy? Zatrzymałem się na chwilę i pocałowałem ją w policzek.

Zmarła kilka dni wcześniej na udar. To było nagłe i tragiczne, ale wszyscy mieliśmy spokój, wiedząc, że właśnie tak chciała iść. Patrzyła, jak jej mąż, mój dziadek, cierpiał przez bardzo długi czas, zanim zmarł niecałe sześć miesięcy wcześniej. Ona też chciała przejść na drugą stronę, choć nikt z nas nie wierzył jej, gdy tak mówiła. Była zdrowa jak koń i spokojnie mogłaby przeżyć jeszcze dziesięć lat. Ale to nie był jej plan. Chciała być z nim i teraz była. Czasami przychodzi do mnie w snach i płaczę z wdzięczności za to, że znów ją widzę.

W tym samym roku w tragicznym wypadku zginął też mój przyjaciel. Te zgony były moimi pierwszymi prawdziwymi spotkaniami ze śmiercią. Albo tak myślałem.

Zdjęcie autorstwa Ricka Hatcha na Unsplash

Kilka lat wcześniej, gdy wspinałem się na górę z piaskowca, widziałem, jak moje życie przelatuje mi przed oczami. Za każdym zakrętem widziałem siebie zbliżającego się do końca. Wędrowałem w milczeniu, bezradnie patrząc, jak się starzeję. Ślub, przyjęcie urodzinowe, pogrzeb, narodziny — wszystko w winietowanej procesji. Widziałem siebie trzymającego wnuki. Widziałam, jak moje włosy robią się siwe. Zanim dotarliśmy na szczyt, ciche, zrezygnowane łzy spływały mi po twarzy.

"Co jest nie tak?"

„Nie jestem gotowa na śmierć, ale nie mam wyboru” – powiedziałam, ocierając łzy i wpatrując się w pustynny widok przede mną. – Chyba po prostu muszę się z tym pogodzić.

Tym razem kwas był naprawdę silny.

Rok lub dwa później wpatrywałem się głęboko w pustkę, która była moją kanapką z indykiem. Byłem z powrotem w Moabie, a nasz obóz rozbiliśmy w wyschniętym korycie rzeki. Ziemia była miękkim, soczystym piaskiem. Moi towarzysze podróży znajdowali się na szczycie pobliskiego niewielkiego płaskowyżu, zbierając kamienie. Ktoś powiedział mi, żebym z nimi poszedł, żebyśmy wszyscy mogli być razem. Myślę, że musiałam wyglądać na zagubioną.

Wiedziałem jednak, że prowadzono mnie na śmierć.

„Za wcześnie” – pomyślałem. Rozejrzałem się wokół mnie po przytłaczającej scenerii. „Ale jeśli muszę jechać, cieszę się, że jest tutaj”.

Kilka lat później znów się dawkowałem. Tym razem niebo było jak wata cukrowa. „Muszę zadzwonić do rodziców” – powiedziałam przyjaciołom. „Muszę wejść na to wzgórze, zadzwonić do nich i powiedzieć im, że ich kocham, zanim umrę”. Byłem przekonany, że na szczycie jakiegoś przypadkowego wzgórza cudem znajdę komórkę. Moi przyjaciele byli niewzruszeni.

– W porządku, Maren. Obiecuję, że nie umierasz”.

„Jesteś tylko pod wpływem narkotyków. Wszystko jest dobrze."

Widziałem to jednak. Widziałem samochód na kempingu i widziałem niebiańskie doliny wystrzeliwujące z Ziemi wokół niego. Wiedziałem, że zginąłem w tym samochodzie. Widziałem, jak anioły i rzeki ją zmywały, i dobry Boże, było tak wiele kolorów. Po prostu wiedziałem, że nie ma mowy, żebym żył. Nigdy wcześniej nie widziałem czegoś takiego. Widziałem swoje życie i płakałem, bo było takie piękne. Byłem już na kwasie – to było coś innego.

Chodziliśmy po kempingu. Tym razem radosne łzy popłynęły z mojej twarzy.

– Niebo jest takie piękne – powiedziałem. „Jestem bardzo szczęśliwy, że mogę być tutaj z wami.”

Moi przyjaciele, zawsze cierpliwi, tylko uśmiechnęli się i zgodzili. To było piękne. Gdy schodziłem wokół ogniska, zobaczyłem mandale w technikolorze wypełniające niebo o zachodzie słońca. Jeden z moich przyjaciół znowu przypomniał mi, że jestem całkowicie żywy i że od jutra nie będę już brać narkotyków i łatwiej będzie mi się z tym pogodzić. Skinąłem głową, choć nie byłem przekonany. Niebo nigdy nie wyglądało tak niemożliwie wspaniale. Niebo było jedynym wyjaśnieniem takiego piękna.

Czułem się spokojny.

Zdjęcie Danna Petty'ego na Unsplash

Nie miałem wtedy tego języka, ale ćwiczyłem. Ćwiczyłem umieranie. Intuicyjnie iz ogromną mądrością moje ciało inicjowało mnie w śmierć, coś, co w tamtym czasie nie sądziłem, że stanie się punktem zwrotnym w moim życiu. Kiedy opowiadałem ludziom o moich wyprawach ku śmierci na LSD, dostawałem dzikie, podejrzliwe spojrzenia.

„To brzmi jak zła wycieczka!”

„O mój Boże, to takie straszne !”

Nigdy nie wezmę z tobą narkotyków, to pewne!”

„Nie, nie, nie” – próbowałem im powiedzieć wesoło. „Akceptowałem to za każdym razem! Chociaż przez chwilę było to przerażające, zawsze akceptowałem swoją śmierć na końcu”.

Byłem nieprzekonujący. Ludzie nadal patrzyliby na mnie, jakbym zwariował, postrzegając te doświadczenia jako pozytywne i głębokie, ale tak naprawdę było. Dowiedziałem się, że uścisk śmierci prowadzi do pokoju.

Zdjęcie Fahmi Ariza na Unsplash

Pewnego dnia znowu umarłem w wannie, w ciemnościach, miotając się i krzycząc — przypływ bólu tak nie do zniesienia, że ​​naprawdę myślałem, że umrę.

To jest nigredo , powiedziałem w ciemność.

Nigredo, nigredo, nigredo : jak modlitwa.

Kompostowałem, gniłem. Czekałem na robale. umierałem . _ Umierałem, abym mógł się odrodzić.

Dlaczego nie urządzamy pogrzebów dla naszych odchodzących wcieleń? Czy wystarczy, że czasami między łykami herbaty lub w chwilach ciszy czujemy, że nie jesteśmy już tacy sami jak kiedyś? Czy nie powinniśmy dać sobie więcej miejsca na smutek i radość z przemijania życia i związanego z nim odrodzenia? Czy nie powinniśmy tego nazwać? Czy nie powinniśmy go czcić?

Być może dlatego, że wzdragamy się przed chwilami po śmierci, kiedy muchy zaczynają się roić, a robaki zaczynają żuć. Odwracamy wzrok od procesu, fermentacji, która ma miejsce, gdy pozwalamy części siebie umrzeć, aby zrobić miejsce dla następnej inkarnacji. Może się ukrywamy: szukamy samotności. Myślimy, że nikt nie chce tego oglądać. Patrzymy na siebie w lustrze i widzimy, jak pulsują miliony czarnych chrząszczy, które jedzą nasze ciało, rozbijając nas do następnej iteracji życia. Czekamy, aż się odrodzimy, by ponownie się pojawić.

GIF autorstwa Jake'a Marqueza

Czy to jest nasz dzisiejszy strach? Oglądamy wiadomości i widzimy masową śmierć, masowe wymieranie, zniszczenie i płomień. Pustka w mediach społecznościowych, w których wszyscy desperacko łakniemy znaczenia, aby ludzie postrzegali nas jako żywych i oddychających, chociaż wszyscy nieprzerwanie maszerujemy ku śmierci z taką samą pewnością, jak 10 000 pokoleń przodków przed nami. Jesteśmy tylko chwilami świadomości, wcielającymi się w świat tylko na krótko, a następnie ponownie integrującymi się z kosmicznym basenem wszystkiego.

Wiemy, że umrzemy, ale co będzie po nas, kiedy ruszymy dalej? Jakich rozmów już nigdy nie będzie? Czy kiedykolwiek dowiemy się, co stało się z naszymi dziećmi po śmierci? Czy możemy oglądać z góry, a jeśli tak, to jak długo? Czy w ogóle chcielibyśmy zobaczyć wszystko, za czym tęsknimy?

Zdjęcie autorstwa Pavela Karagodina na Unsplash

Część nas umiera, gdy umierają ludzie, których kochamy. To słodko-gorzka inicjacja. Mój przyjaciel Jörgen powiedział mi, zanim zabrałem się za zabicie pierwszej owcy i przed podróżą do domu ze Szwecji, aby być tam, gdzie zmarła moja ukochana babcia: „Każda śmierć jest szansą”. Moja matka zadzwoniła do mnie poprzedniej nocy, mówiąc mi, że zaczęło się śmiertelne grzechotanie. Następny pociąg do Sztokholmu był o czwartej po południu. Modliłem się, żeby na mnie zaczekała. Spędzamy całe życie czekając na takie chwile, ale niewielu świadomie się do nich przygotowuje. „Kim chcesz być w tym pokoju?” – zapytał mnie Jörgen.

Owca była stara. Była piękną owcą o miłych oczach. Nie jagnęła się od kilku lat i wkrótce jej zęby zaczną wypadać, prowadząc do bolesnego i niewygodnego życia, zanim ostatecznie umrze z głodu. Wciąż była jednak silna, zdrowa. Na wolności może żyłaby trochę dłużej, ale niewiele dłużej.

To było takie szybkie, przypływ gwałtownej energii, a potem cisza, jej krew odżywiająca glebę wokół niej, gdy jej życie zmieniło się w coś innego. Młoda owieczka podeszła i wtuliła się we mnie, kiedy spojrzałem na owcę, delikatnie gładząc jej twarz, a łzy wdzięczności spłynęły mi po policzkach. Patrzyłem, jak jej oczy się zmieniają, jak światło, które je ożywia, powoli przygasa. Odeszła, a ja płakałam. Przepełniony głęboką, zmieniającą życie wdzięcznością, pocałowałem ją w twarz i powiedziałem: „dziękuję, dziękuję, dziękuję”.

Trzy dni później całowałem babcię w twarz i mówiłem dokładnie to samo.

Dziekuję Dziekuję Dziękuję.

Czekała na śmierć, aż mama i ja zasnęliśmy. Prywatna osoba, musiała przejść na własną rękę, coś, czego wtedy nie rozumiałem - moja intuicja całkowicie zachwiała się żalem, gdy patrzyłem, jak umiera na moich oczach. Była jeszcze ciepła, kiedy ją znalazłem. Kiedy skończyliśmy ją ubierać, było jej zimno, ale tym razem się nie bałam. Zdjąłem jej naszyjniki i założyłem je sobie na szyję. Ubraliśmy ją w piękną żółtą domową sukienkę, którą jako dziecko wybrałam dla mamy. Pomalowaliśmy jej paznokcie i zrobiliśmy makijaż. Nie mogłem patrzeć, jak ją zabierają, chociaż wiedziałem, że nie ma jej już w tym ciele. Była gdzieś indziej w domu. Mogłem ją poczuć.

Zdjęcie Michaela na Unsplash

„Każda śmierć jest szansą”. Całe moje życie prowadziło do tej chwili z moją babcią i chociaż starałem się być osobą w pokoju, którą chciałem być, nie byłem. Byłem przerażony, byłem wyczerpany, byłem zły, byłem sfrustrowany i spanikowałem. Starałem się zachować spokój, jak tylko mogłem, ale trzymała się tak długo i bałem się, że cierpi. To było bolesne patrzeć, jak cierpi po tylu latach, kiedy była gotowa do odejścia. Powiedziała nam, że nie chce być sama, więc zostawaliśmy z nią tak długo, jak tylko mogliśmy. Po prostu trzymała się. Nie wiedzieliśmy, co robić, nie spaliśmy z nią całą noc przez dwie noce. Nie wiedzieliśmy, że zasypianie z mamą w pokoju, nie samą, ale bez nadzoru, będzie kluczem do jej uwolnienia.

Pamiętam, jak wyjrzałam przez okno i zobaczyłam trzmiela zapylającego kwiaty w ogrodzie mojej mamy. Było to dla mnie zupełnie niezrozumiałe. Cały mój świat został całkowicie wywrócony do góry nogami, moje serce wyrwane i zaginione, a mimo to ten owad brzęczał, jakby nic się nie stało, a ja nie mogłem zrozumieć, jak to możliwe – żeby życie po prostu toczyło się dalej . Po tym wszystkim wydawało się, że tak jest przez jakiś czas.

Nauczyłem się więcej w tym doświadczeniu niż w jakimkolwiek innym doświadczeniu w moim życiu. Śmierć jest rzeczywiście szansą, szansą na porażkę, naukę i rozwój. To okazja, by nauczyć się, że żalu nie da się uniknąć, że zawsze będą rzeczy, o których chciałbyś powiedzieć. Zawsze będą pytania, których już nigdy nie będziesz mógł zadać. To okazja do nauczenia się współczucia dla siebie i innych. To okazja, by zawodzić tak głośno, że nawet księżyc może cię usłyszeć. To okazja, by poczuć najbardziej ludzkie emocje, jakie mamy, te, które się odzwierciedlają i nie istnieją bez siebie: miłość i żal. To inicjacja w życie niepodobna do niczego innego.

onyksowe światło księżyca

Post udostępniony przez Maren Morgan (@onyxmoonlight)

Tydzień temu wczoraj opuściła swoje ciało i zajęła swoje miejsce z powrotem w kosmicznej wszechobecności wszechświata. Wciąż czuję ją przy sobie, trzymającą miękką, kościstą dłoń w zagłębieniu mojej szyi. Była taka mała w tych ostatnich miesiącach, a ja stałem się o wiele wyższy od niej. Trzymanie jej za ręce w godzinach, w których odbywała wędrówkę, by opuścić swoje ciało, zawsze będzie jednym z największych zaszczytów w moim życiu. Jej mamrotanie „Kocham cię” w kółko, wiedząc, jak bardzo potrzebowaliśmy to usłyszeć – upewniając się, że nigdy nie zapomnimy prawdy tych słów. A znalezienie jej, wciąż ciepłej, tak jak czekała, aż moja mama i ja zaśniemy, by w końcu przejść przez ten ciemny korytarz do światła, będzie wspomnieniem, którego nigdy nie zapomnę. Sposób, w jaki jej ból zniknął. Jej niepokój zniknął. Jej ciało, które stało się zimne, przez cały czas było tylko naczyniem. Ulga połączona z agonią ogarnęła mnie, gdy myliśmy i ubieraliśmy jej ciało. Wdzięczność, gdy malowałem jej idealne paznokcie. Zbliżająca się irytacja – w jakim języku teraz mówisz? Spytałem się jej. Czy będziesz cierpliwy, kiedy się uczę? A ona odpowiedziała delikatnie ręką na mojej szyi.

A teraz jest wszędzie. Teraz Bóg ma twarz.

Kocham cię na wieki wieków babciu.

Płakałam i płakałam i płakałam i nadal płaczę. Miłość nie jest czymś, co przemija, otwiera tylko serce na większą i piękniejszą miłość, a wraz z nią większy i piękniejszy smutek.

Post udostępniony przez Maren Morgan (@onyxmoonlight)

Mam dużo wdzięczności za stratę i smutek, który z niej wynika. Smutek ożywia to, jak kroczę przez świat i informuje o tym, na co zwracam uwagę, czyli często o cierpieniu. Cierpienie ludzi, kultur, ziemi i smutek, który dotyka każdego z nas, niezależnie od tego, czy w ogóle jesteśmy tego świadomi. Nawet jeśli nie nazywamy tego po imieniu, przez większość czasu jest zbyt wiele żalu, by go trzymać. Nawet kiedy rozdziera mnie i wylewa wnętrzności na ziemię, jestem wdzięczny, że wciąż mogę czuć - że moja zdolność do troski nie została mi skradziona. Bycie świadkiem to przywilej.

Myślę, że boimy się śmierci, ponieważ nie rozumiemy, że nasza krawędź, by okraść Norę Bateson , jest nieskończona. Boimy się śmierci, bo nie oddajemy życia ziemi. Wymyśliliśmy dla siebie alternatywną rzeczywistość, w której nasze ciała nie odżywiają już sieci życia. Myślę, że to rani nas w sposób, którego prawie nie rozumiemy. Utrwala mitologie odrębności i wyobcowania.

Myślimy , że jesteśmy jednostkami — oddzielonymi od siebie nawzajem i od istot żyjących i nieożywionych, które istnieją wokół nas. Izolujemy się od związku nieodłącznie związanego z urodzeniem się na tej planecie, ponieważ tak została zbudowana wokół nas kultura — jakoś dziwnie jest być teraz człowiekiem. Nie rodzimy się w wyobcowaniu, dorastamy w nim, gdy kultura nas pokonuje i oddziela od naszego przyrodzonego prawa do bycia trybikami w jakimś globalnym aparacie przemysłowym, który nie ma dla nas sensu.

Odmienne stany mogą pomóc nam zapamiętać.

A ja, jak płyn,

jak stado owiec,

nie osoba fizyczna

(Ani trochę)

Kim jestem?

jak to możliwe

jestem wszystkim

i nic

i nigdzie

i wszędzie.

Gdzie kończę

a zaczyna się reszta świata?

Albo zacznę od początku

w bezczasowej krainie bez końca?

Nie różnimy się od ziemi. Ciągle się zmieniamy: umieramy i odradzamy się na nowo. Kiedy zwierzę umiera, otaczające go istoty organizują straszliwy i piękny taniec, aby ponownie zintegrować ciało z ziemią. Tam, gdzie jest śmierć, jest płodność. Gdzie jest krew i kości, tam jest życie. A jednak się tego boimy. Boimy się zwłok w lesie, chociaż zapewniały tyle pożywienia istotom, których dotykały.

Czasami trudno jest przyznać, że te odmienne stany są bardziej jasne i dokładne niż nasze niezmienione, napędzane ego istnienie. Kiedy myślałem, że nie żyję i jestem w niebie, wcale się nie myliłem. Niebo jest tutaj, chociaż jest to niemożliwe. Niewysłowiona magia otaczającego nas świata jest tak jaskrawym przeciwieństwem dewastacji, jaka na nim sieje, ale mimo to żyje i wszyscy mamy rolę do odegrania w jego ciągłej zdolności do życia.

Kiedy czuję smutek i oglądam wiadomości i czuję, że wszystko jest za dużo, za dużo, zadaję sobie pytanie, czy to jest nasz zbiorowy nigredo? Ta opowieść o wydobyciu, rywalizacji i indywidualizmie jest już zmęczona i umierająca. Nawet części, z których czerpiemy korzyści, wydają się tanie i bez znaczenia. Wydaje się, że ta wizja świata ulega kompostowaniu: jej lekcje są zintegrowane z nowymi trajektoriami, umierając, aby więcej życia mogło się odrodzić.

Uczę się umierać w czasie wielkiego umierania. Uczę się sztuki odradzania się. Jestem wdzięczny za dotychczasową praktykę.

Uczę się, babciu. Każdego dnia się uczę.

Zdjęcie Dulcey Lima na Unsplash

w, na zewnątrz; wchodzić, wychodzić; w, na zewnątrz. Na początku oddech nie przychodzi łatwo. Musisz to zmusić. Pali gardło i sprawia, że ​​klatka piersiowa jest bardzo ściśnięta.

Nagle moje ciało traci kontrolę. Podnoszę się z podłogi podczas oddychania. w, na zewnątrz. w, na zewnątrz. Mogę to zrobić — już to robiłem. Oddycham mimo dyskomfortu, czując energię ludzi leżących wokół mnie i muzykę dopingującą mnie podczas tej ceremonii pracy z oddechem. Pamiętam, dlaczego tu jestem i jakie mam pytania.

Co oznacza stabilność? Co oznacza bezpieczeństwo? Przywołuję obraz wielkiego dębu. Wyobrażam sobie siebie z tak głębokimi korzeniami. Co to znaczy być uziemionym? Widzę górę z pokrytymi śniegiem szczytami. Te rzeczy uosabiają zakorzenienie, za którym tęsknię.

Oddech jest teraz bardziej naturalny. Nie muszę już na siłę.

Nagle przychodzi mi do głowy pewien obraz, a wraz z nim pytanie ląduje na końcu mojego języka, rozpływając się w ustach jak płatek śniegu. Nie mogę pojąć słów, więc oglądam. Widzę lawinę, lawinę, pożar. Widzę, jak góra formowała się przez miliony lat, a płyty tektoniczne przesuwały się powoli iw wielkich wybuchach energii. Widzę, jak erozja przyspieszała przez tysiąclecia, zmieniając krajobraz, tworząc łuki, kaniony i doliny. Widzę, że Ziemia żyje. To jest solidność?

Ludzie wokół mnie zaczynają krzyczeć, wywołując trzęsienia ziemi i uderzenia piorunów. Powietrze wokół mnie wybucha.

Przyjechałem tutaj, szukając uziemienia. Przybyłem tutaj, aby zaprosić, aby pomieścić przestrzeń i historie, jak masywny dąb lub Olimp.

Gdzie zaczyna się i kończy drzewo? Czy drzewo wciąż jest drzewem, kiedy staje się górą? Co ze mną? Czy nadal jestem sobą, gdy stanę się drzewem? Kiedy oddycham, nie widzę różnicy między mną a górą i drzewem. Patrzymy na naturę po tę mądrość, ale my też jesteśmy naturą.

Zapamiętaj to, zapamiętaj to, myślę.

Zapominamy, bo nasze życie jest takie krótkie i nie widzimy, jak odradza się w nas śmierć szpinaku czy owcy — nie widzimy tego w ten sposób. Zawijamy wszystko w folię i zapominamy, że to cykl stary jak świat, ale nawet plastik kiedyś się psuje. Wszystko się rozpada i wszystko się odradza.

Ćwiczę, ćwiczę.

Ćwiczymy umieranie, kiedy rozumiemy, że entropia nie istnieje, nie naprawdę — nie tak, jak myślimy. To, co może istnieć tylko w próżni, w ogóle nie istnieje, ponieważ nawet w najgłębszych zakątkach przestrzeni jest materia: istnieje związek. Złudzenie zaprzeczające śmierci polega na tym, że koniec mnie takiego, jakim siebie znam, jest końcem wszystkiego. Życie nie jest początkiem, ani śmierć nie jest końcem. To tylko etapy cykli, małe orbity w ramach większych orbit. Jestem tylko historią jednej kobiety w morzu miliardów ludzi, w oceanie bilionów bilionów form życia, żywych, martwych i jeszcze nienarodzonych: świadomość, która ostatecznie przemieni się w węgiel i ponownie przekształci w życie w niezrozumiałej dla mnie skali czasowej.

Postrzegam siebie jako jednostkę, ale paradoks polega na tym, że indywiduacja może nastąpić tylko we wspólnocie. Drzewo jest drzewem tylko wtedy, gdy jest połączone ze wszystkim, co go otacza: wiewiórką, która mieszka w wydrążonych miejscach, mrówkami, które zjadają jej liście, grzybnią, która łączy swoje korzenie z otaczającymi je krzewami i trawami. Góra jest górą tylko ze względu na wiatr, wodę i ogień, i podobnie te elementy nie mogą istnieć bez swoich przeciwieństw. Wszystko jest relacjami. Wszystko jest powiązane. Wszyscy są krewnymi. Jeśli faktycznie jestem indywidualnością, jestem niczym — nawet po śmierci nie jestem niczym. Nawet po śmierci jestem w związkach. Drugi paradoks polega na tym, że w śmierci tworzę przestrzeń dla życia — śmierć bez życia bez śmierci jest niczym.

Zdjęcie autorstwa nine koepfer na Unsplash

Ale czy paradoksy są w ogóle prawdziwe? Paradoks oznacza, że ​​​​mogą istnieć jednocześnie dwa końce polaryzacji, co oznacza liniowość, podczas gdy tak naprawdę im większa przepaść między biegunami, tym bardziej się one zbliżają, łącząc się po drugiej stronie czegoś, czego do końca nie rozumiemy. Czy nie byłoby prawdziwsze stwierdzenie, że wszystkie możliwości krążą po orbicie we wszystkich liniach czasowych i możliwościach? Czy nie jest prawdziwsze stwierdzenie, że w przestrzeni wszystkiego jest jakaś jedność?

To takie proste, a jednocześnie w jakiś sposób tak złożone. Wszechświat jest cykliczny. Ciało ludzkie jest cykliczne. Jesteśmy zbudowani w ludzkim ciele, rodzimy się, starzejemy w świecie zewnętrznym, a potem umieramy, jesteśmy zjadani, a potem odradzamy się w ciałach, które karmimy. Kobiece łono jest cykliczne. Jak rzeczy mogą się nie dziać w sieci kręgów? Obracamy się wokół Słońca, które obraca się wokół Drogi Mlecznej, orbitując w Supergromadzie w Pannie, która krąży w Supergromadzie w Rybach, która krąży w obrębie Laniakei, która obraca się wokół Wielkiego Atraktora. Laniakea, co oznacza „ogromne niebo” — Dobry Boże, czy to dar być ludzkim zwierzęciem z takimi słowami. Ziemia pędzi z prędkością 1000 kilometrów na sekundę w kierunku Wielkiego Atraktora, anomalii, której ludzkie zwierzę może nigdy w pełni nie zrozumieć. Ludzkie zwierzę może nigdy w pełni nie zrozumieć siebie, a nasze życie jest tak krótkie, że zanim zrozumiemy siebie, umieramy, a jedyne, co mamy, to opowieści i czego się tak boimy? Dlaczego nie możemy o tym szczerze porozmawiać?

Głębokie przerażenie przebiegło przez moje ciało, gdy zdałem sobie sprawę, że tylko przechodzę przez ten świat, czekając, aż robaki przyjdą zjeść moje ciało, wysrają mnie i zamienią w ziemię — panikuję. Wszyscy, ja, wszystkie oddychające istoty wokół mnie, otaczające mnie ściany, wszystko z czasem rozpadłoby się w proch, wszystkie tylko włókna większej historii, która trwa i trwa wiecznie z nami wszystkimi i bez nich. Moje serce waliło i widziałem, jak ten cykl rozwija się głęboko w mojej klatce piersiowej. Pewnego dnia ten jasny, pompujący narząd stanie się mięsem — będę mięsem i prochem i o mój boże, o mój boże, o mój boże ludzkie życie jest takie krótkie i umrę, wszyscy, których kocham, umrą, to jedyna pewność — Śmierć jest jedyną pewnością i co robimy? Czy wszyscy czekamy tylko na śmierć?

Nie nie nie.

Czułam, jak każde uderzenie serca wysyła impulsy życia przez moją klatkę piersiową w dół nóg do palców. Jaka magiczna elektryczność ożywia tę istotę? Jaka alchemia zbudowała to ciało kawałek po kawałku w łonie mojej matki? Kiedy jedna linia się kończy, druga zaczyna się, gdy kończy się jedna linia, zaczyna się druga i wszystko się kończy i zaczyna, kończy i zaczyna i to dobrze, to dobrze, to dobrze, tak właśnie powinno być.

Jaka jest moja rola w tej historii stworzenia?

Ogarnął mnie spokój, a śmiech w niekontrolowany sposób wyrwał się z mojej piersi. nie mogłem nic na to poradzić. Martwiłem się, że ludzie wokół mnie pomyślą, że się z nich śmieję, ale tak nie było, nie tak naprawdę, ale trochę się z nich śmiałem. Śmiałem się ze mnie, śmiałem się z nas wszystkich — z każdego człowieka na Ziemi, jaki kiedykolwiek istniał. Śmiałem się ze wszystkich rzeczy, które martwią się tym tak zwanym końcem. Ludzie, ludzie, ludzie . Jesteśmy tak cenni i zdezorientowani, że śmiałem się ze Śmiercią. Popłynęły też łzy, ale łzy szczęścia i poczułam tyle miłości do ludzkości. Ten wszechświat jest tak absurdalny, a być może ludzie są najbardziej absurdalni ze wszystkich. Tak młodzi, tak zdesperowani, by nie śmiać się ze Śmiercią: tak przerażeni tym, co będzie dalej, kiedy jesteśmy już stworzeni ze wszystkiego, co kiedykolwiek było i zawsze będzie.

Zdjęcie Floriana van Duyna na Unsplash

Jestem moją babcią, moją Naną, moimi dziadkami i wszystkimi moimi przodkami, jestem owcą i przyjaciółmi, których pochowam, i istotami, które zabiję – jestem częścią tej samej historii, co wszystko inne, a życie nie jest tak samo jak życie. O tym zapominamy, kiedy nie śmiejemy się ze Śmierci. Zapominamy o życiu, zapominamy i rezygnujemy z dobrego życia i nie zadajemy sobie pytania, czym jest dobra śmierć. „Każda śmierć jest szansą”, tak — ale tylko wtedy, gdy poświęcimy trochę czasu, aby się o tym przekonać. Musimy ćwiczyć. Musimy ćwiczyć. Ćwicz widzenie włókien, wzorów, połączeń, relacji, kompostowania, odradzania się. Poćwicz czekanie na robaki.

„Wszystko prowadziło do mnie i wszystko, czym byłem, prowadziło poza mnie, był ten wielki łańcuch, a ja byłem w nim ogniwem”. — Paul Kingsnorth, Bestia

Byłem w nim ogniwem, byłem w nim ogniwem, byłem w nim ogniwem. Taka jest moja rola.

Jesteśmy tylko przejazdem i to jest w porządku.

Jeśli spodobał Ci się ten artykuł, rozważ subskrypcję Death in The Garden na Substack lub obserwuj tutaj na Medium. Wszystkie płatne subskrypcje finansują film, który tworzymy, podcast, który produkujemy wraz z filmem i pisanie w ten sposób. Rozważ dołączenie do naszego Patreona , jeśli chcesz nas bardziej wspierać i otrzymywać więcej korzyści.