Jak twój gniew ci służy?
Odpowiedzi
15 lat temu uważałem, że złość jest bardzo użyteczna, ponieważ pomagała mi okazywać agresję, grozić lub uciszać ludzi, radzić sobie z trudnymi sytuacjami. Owszem, miało to swoje zalety, ponieważ często widząc mój gniew, ludzie ze mną współpracowali lub bali się mi sprzeciwiać. To naprawdę mnie wzmocniło, pozwalając mi okazywać złość w sposób nieformalny lub częstszy.
Takie nastawienie i podejście sprawiły, że stałem się nałogowym gniewnym człowiekiem. Kiedy ludzie to podkreślali, choć początkowo nie chciałem się z tym pogodzić, z czasem zacząłem dostrzegać negatywne skutki nawykowego gniewu. Zanim to zrozumiałem i chciałem się zmienić, stało się to bardzo trudne. Niepotrzebnie postawiło mnie to w trudnej sytuacji. Z jednej strony czułem się winny z powodu nawykowego gniewu, a z drugiej żałowałem, że nie potrafię go zmienić.
Potem cierpiałam również psychicznie, ponieważ wciąż miałam mnóstwo myśli, na które reagowałam agresją, co negatywnie wpłynęło na mój związek i zdrowie.
Dopiero gdy skorzystałam z pomocy duchowości, książek samopomocowych i specjalistów, potrafiłam sama rozpoznać naturę gniewu, jego przyczynę, złe zachowania i techniki ich korygowania.
Później mogłem stopniowo zmieniać swoje podejście i nastawienie do gniewu. Widzę w nim tylko wiele wad i nie służy nam dobrze. Często popycha nas w chwilowe szaleństwo.
Teraz widzę gniew, zauważam go, obserwuję i skupiam się na jego przyczynie oraz na działaniu, które należy podjąć, aby sobie z nim poradzić. Ponieważ radzę sobie z nim ze spokojem, dostrzegam wiele opcji/wyborów, z którymi mogę sobie poradzić lepiej niż 10 lat temu.
Gniew nie służy ci dobrze. Może ci się przydać od czasu do czasu lub tymczasowo, ale nie zawsze.
Dzięki.
Nie wiem, czy można powiedzieć „gniew” w sensie „właśnie straciłem panowanie nad sobą”... ale być może chodzi raczej o osiągnięcie punktu, po przekroczeniu którego nie byłem już gotowy na dalsze działanie przy zachowaniu tego samego status quo.
Innymi słowy „TERAZ zrobiłeś to po raz OSTATNI... I od tej chwili to już nie TY będziesz mi dyktować, co mam robić, ani TY będziesz mnie ściągać w dół, i z całą pewnością to NIE TY będziesz już definiować, kim jestem, bo ta dziewczyna nie jest już „wczorajszą dziewczyną”.
Więc myślę, że w tym przypadku musiało to być coś dobrego, ponieważ pozwoliło mi uwolnić się z uścisku, który mnie bardzo ograniczał i uniemożliwiał mi rozwój w kierunku dojrzałości i niezależności.
Wydaje mi się, opierając się jedynie na własnym doświadczeniu, że dopóki nie dojdziemy do punktu, w którym status quo będzie nas naprawdę drażnił do tego stopnia, że nie będziemy w stanie kontynuować tego stanu, to prawdopodobnie NIE będziemy w stanie uwolnić się od bycia niezdecydowanym (niezdecydowanym sfrustrowanym), co może oznaczać, że po prostu będziemy dalej podążać ramię w ramię z problemem lub twierdzą w naszym życiu... zamiast zerwać z nim.
To prowadzi do kompromisu, a w tym przypadku kompromis nic nie da.
Właśnie przypomniał mi się pewien fragment Pisma Świętego… Chyba z Księgi Powtórzonego Prawa… gdzie Bóg powiedział: „Dziś stawiam przed tobą wybór między światłością a ciemnością… wybierz światłość”. To mówi mi, że wybór ISTNIEJE i że ostatecznie, nawet jeśli istnieje możliwość dokonania tego wyboru, nie jest to przesądzone, dopóki MY aktem woli nie podejmiemy ostatecznej decyzji o odcięciu, że nadejdzie prawdziwa wolność.
Muszę przyznać, że miało to ogromny wpływ na moje życie.
Jest też pytanie... jeśli naprawdę, naprawdę czegoś chcesz (lub chcesz, żeby nastąpiła zmiana), to postaraj się odwrócić i przestać grać sam ze sobą, co oznacza, że tak naprawdę trzymasz otwarte opcje, stojąc jedną nogą w każdym obozie (siedząc na najwyższym szczeblu obrotowego stylu podejmowania decyzji).
Faktycznie WIDZIAŁEM to w kościele, gdzie ktoś MÓWI, że zdaje sobie sprawę ze swojego błędu i musi się zmienić, ale tak naprawdę nigdy nie osiąga szczytu prawdziwego przekonania, wystarczającego, by stać się nietolerancyjnym wobec swojej sytuacji, przez co pozostaje niezdecydowanym i kompromisowym przez całe życie, pozostając zawsze jedynie „letnimi chrześcijanami tylko z nazwy”.
Z natury jestem osobą o bardzo łagodnej naturze. Przez wiele lat byłam ofiarą i byłam kontrolowana przez bardzo asertywne i silne postacie w moim życiu. Inni ludzie, którzy nie mieli lub nie rozumieli moich problemów (natury lub historii), nie byli w stanie pojąć, DLACZEGO nie mogłam po prostu opuścić gniazda klatki, w której byłam. (dlaczego ten mały ptaszek nie chce latać!!!).
Duża część kontroli odbywała się za pomocą strachu, odbierania mi poczucia własnej wartości i niszczenia mojej samooceny, tak że miałam mało metalu, na którym mogłabym się oprzeć (ciało nie może ustać, jeśli usuniesz kości, które je podtrzymują!).
I tak nadszedł dzień, w którym pewnego dnia zbuntowałam się w swojej obronie (kiedy ZNOWU-ZNOWU-ZNOWU)… ktoś bliski próbował mnie zniszczyć poprzez kontrolę. Ale teraz nie byłam już łagodną, płaczącą stokrotką i wyrwałam się spod tej kontroli. Nigdy by się to nie wydarzyło, gdybym nie oburzyła się i nie poczuła się całkowicie sfrustrowana sytuacją i nie zajęła stanowiska.
Czasami trzeba przeciwstawić się tej twierdzy zdecydowanymi działaniami, ale potrzeba odwagi, żeby łagodna osoba się podniosła i wyrwała.
Myślę też, że istnieje ogromna różnica między złością a zwykłym „złością” na kogoś. Wiele osób jest „złych” na swoje dzieci (ich dzieci nie słuchają i z pewnością odczuwają frustrację), a potem mówią: „Wkurzasz mnie!”... właściwie mając na myśli „wściekłość”. (Mój ojciec kiedyś się na mnie „wkurzył” i stracił panowanie nad emocjami, próbując mnie udusić. To jest właśnie złość).
Zawsze myślę o tym, jak Jezus tak rozgniewał się na lichwiarzy, którzy stworzyli punkt handlowy (dochodowy interes) w Świątyni… że całkowicie stracili kontakt z zamysłem Boga co do miejsca kultu… I zauważyłem, że to był „sprawiedliwy gniew”, ponieważ NIE BYŁ to gniew czysto emocjonalny, ale podkreślający sprawiedliwą zasadę. To ogromna różnica.
Gniew nie może niszczyć ludzi, nie może prowadzić do grzechu, nie może skutkować aktami zemsty ani nie może prowadzić do nikczemności. To po prostu nie pomaga i często zdarza się, gdy ludzie nie potrafią się kontrolować.