Jaka matka taki syn
Całe życie w podróży z kobietą, którą nazywam mamą
Odkąd pamiętam, dokuczała mi ta najbardziej irlandzka z chorób: zamiłowanie do włóczęgi. Jako młody chłopak uczyłem się na pamięć flag i stolic odległych krajów, mając nadzieję, że pewnego dnia odwiedzę każdy z nich. Kilkadziesiąt lat później nie do końca udało mi się dotrzeć do wszystkich z nich. Ale całkiem nieźle sobie z tym poradziłem.
Co wywołało tak intensywną ciekawość świata poza brzegami, które nazywałem domem? Z pewnością istnieje wrodzona irlandzka potrzeba zejścia z wyspy i zwiedzania. Ale wielu jest zadowolonych z okazjonalnych weekendowych przerw lub przeprowadzki tam, gdzie mogą znaleźć bezpieczne zatrudnienie i lepszą pogodę. Zawsze chciałem więcej: poznać nowe kultury, nauczyć się nowych języków, zrozumieć, jak wygląda życie kogoś urodzonego na drugim końcu świata.
Zawsze istnieje wiele czynników, które prowadzą do powstania tak intensywnej pasji. Ale w moim przypadku głównym, który się wyróżnia, jest wpływ moich rodziców. I tak, aby uczcić 60. urodziny niejakiej Jacqueline Roberts (lub, jak ją znam, mamy), chcę opowiedzieć historię o tym, jak zainspirowała i umożliwiła mi miłość do podróży przez ostatnie cztery dekady oraz o tym, jak wycieczki, które razem odbyliśmy.
„Cztery dekady?” Słyszę, jak niektórzy z was pytają z niedowierzaniem. — Przynajmniej jeszcze nie żyjesz tak długo. Rzeczywiście, drogi czytelniku, masz oczywiście całkowitą rację. Ale widzisz, ta historia zaczyna się kilka lat przed moim pojawieniem się na scenie…
Młody poszukiwacz przygód
Mama zawsze była odkrywcą. Niedługo po ukończeniu szkoły postanowiła poszukać bardziej zielonych pastwisk i zostawić za sobą zgubę i mrok Irlandii lat 80., gdzie pracy było tak mało, jak uczciwi politycy i księża paradowali wokół, jakby byli właścicielami tego miejsca (bo, no cóż, byli). Ale podczas gdy jej rówieśnicy wylądowali w Manchesterze i na Manhattanie w poszukiwaniu pracy jako budowniczowie i pomoc domowa, cel mamy był większy niż zarabianie stałej pensji. Szukała przygody, kultury — innego sposobu życia.
Razem z tatą wsiedli na statek do Francji, gdzie odwiedzili tam krewnych. To była krótka wycieczka, ale pozostawiła ich głodnych na więcej. Niedługo potem weszli na pokład innej łodzi z powrotem do Francji, tym razem z biletem w jedną stronę w ręku. Trafili do Lyonu, gdzie początkowo utrzymywali się z muzyki ulicznej (tata na gitarze, mama z nie mniej ważnym zadaniem, jakim jest wykorzystywanie swojego kobiecego wdzięku do wyłudzania drobnych z kieszeni przechodniów) i zamieszkali w brudnych pensjonatach z kolegami muzycy i artyści uliczni. Później mama podjęła pracę w McDonald's, zamieszkała z miejscową rodziną, podróżowała koleją po Europie i ostatecznie przeprowadziła się do Monachium (tym razem bez taty), gdzie na różne sposoby zarabiała na życie, sprzątając pokoje hotelowe i malując uliczne obrazy.
To nie była łatwa przejażdżka. Zawsze brakowało pieniędzy, a ona słabo mówiła po francusku lub niemiecku. Ale to nie miało znaczenia. Doświadczała życia, była wierna sobie i tworzyła historie i więzi, które pozostaną z nią na całe życie (powinienem wiedzieć. Spędziłem pół życia, słuchając ich).
Dopiero gdy dowiedziała się o mojej przyszłej egzystencji, mama postanowiła zawiesić życie włóczęgi i wrócić do Irlandii. Jednak nie mogła się oprzeć pokusie powrotu na ostatnie pożegnanie. I tak się stało, że w wieku czterech miesięcy spędziłam swoje pierwsze Boże Narodzenie w Monachium, gruchana przez bohemę i artystów na zaśnieżonych ulicach, jak mama mówiła „tak długo” życiu, które znała.
Dzwoniąc do Londynu (przez Sussex)
Przez większość mojego wczesnego dzieciństwa pieniądze były ograniczone. (Nie)słynna ekonomia Celtic Tiger była ledwie błyskiem w oku Irlandii, a nieliczni klienci, których przyciągało przedszkole mamy, często mieli problemy z płaceniem jej (minimalnych) opłat. W tamtych latach nasze wakacje ograniczały się głównie do odwiedzania mojej ciotki, oddalonej o kilka godzin jazdy samochodem w Cork. Podróże zagraniczne wydawały się luksusem, który był dla nas nieosiągalny.
Jednak kiedy miałam dziewięć lat, mama zaskoczyła mnie i moją siostrę Lauren, ogłaszając, że zabiera nas do Anglii, aby odwiedzić przyjaciółkę mieszkającą w Sussex. Nigdy tak naprawdę nie słyszeliśmy o Sussex, ale to nie miało znaczenia. To było w Anglii, gdzie powstała większość oglądanych przez nas programów telewizyjnych i magazynów, które czytamy. Co więcej, było blisko do Londynu, domu czerwonych autobusów i okazałych starych budynków. Dla mnie równie dobrze mogłyby to być Bahamy.
Przyjaciółka mamy mieszkała w małym, podmiejskim miasteczku: nie było to najbardziej ekscytujące miejsce. Mimo to przez kilka pierwszych dni byłem zachwycony drobnymi nowościami: różnymi znakami drogowymi, nową walutą, sposobem, w jaki ludzie rozmawiali jak bohaterowie brytyjskiego dramatu detektywistycznego. Ale nie mogłem się doczekać, żeby zobaczyć prawdziwe widoki i po kilku dniach dokuczania mama zgodziła się zabrać mnie na zwiedzanie Londynu. nie zawiodłem się. Od ustawiania zegarka przy Big Benie do jedzenia świeżo pieczonych kasztanów, każda chwila wydawała mi się ogromną przygodą.
Nie mając jednak dużego doświadczenia w branży turystycznej, ani mama, ani ja nie byliśmy w tym zbyt dobrzy. Stało się to jasne, gdy zapytaliśmy przechodnia, gdzie możemy znaleźć Tower of London, na co odpowiedzieli charakterystycznie angielskim śmiertelnie poważnym tonem: „dlaczego, stoisz na nim”.
Od bez ciasta do Orlando
Nasza wyprawa do Anglii, razem z tatą w tym samym roku i pierwsza wyprawa poza Wyspy Anglo-Celtyckie (na wyspy greckie, także z tatą) niedługo potem, nie zaspokoiły mojego młodego apetytu na zwiedzanie świata. Wręcz przeciwnie, tylko podsyciło moje marzenia o odwiedzeniu odległych krain. Wśród tych marzeń królowało jedno: pojechać do Disneylandu na Florydzie.
Jak prawie każde inne dziecko, Lauren i ja marzyliśmy o zobaczeniu zaczarowanego zamku, spotkaniu z Mickeyem i przeżyciu dreszczyku emocji w Kosmicznej Górze. Jednak sen wydawał się bardzo odległy. Floryda nie znajdowała się tak szybko nad Morzem Irlandzkim, a kiedy już się tam znalazła, same opłaty za wstęp kosztowały małą fortunę.
Ale mama zawsze potrafiła sprawić, że niemożliwe stało się faktem. Brała każdą możliwą pracę, często do późna w nocy, czytając karty Tarota, zanim wstała następnego ranka, by poprowadzić przedszkole, iw końcu zaoszczędziła wystarczająco dużo na wycieczkę. Nie będąc jednak osobą, która przypisuje sobie jej dobre uczynki, to Mikołajowi wykrzyknęliśmy nasze radosne podziękowania pewnego świątecznego poranka, kiedy znaleźliśmy pod choinką książki podróżnicze i prowizoryczne kupony.
Od razu zacząłem planować. Poszedłem do lokalnych biur podróży, wziąłem wszystkie broszury, które mieli na temat Orlando, Disneylandu, Universal Studios i prawie wszystkiego innego w promieniu 100 mil, i zacząłem szukać lotów, hoteli i rzeczy do zrobienia. Byłem zdeterminowany, że zrobimy z tego jak najwięcej.
Kiedy (lub) wylądowaliśmy, pierwszą rzeczą, która nas uderzyła, było to, jak ogromne było wszystko. Od ulic po samochody, od ludzi po porcje, to naprawdę była kraina „Supersize Me”. I uwielbiałem to. Kiedy nasza pierwsza porcja paluszków z mozzarellą w restauracji Hourahan na International Drive okazała się większa niż danie główne w domu, usiadłem tam, zdeterminowany, by dokończyć całość (i oczywiście gigantyczną pizzę, która przyszła później). Nalegałem też, żebyśmy poszli odwiedzić największy na świecie McDonald's i wszystko inne, co ktokolwiek twierdził, że jest największym na świecie.
Zatrzymaliśmy się w Orlando na tydzień i udało nam się wcisnąć wszystkie najlepsze parki rozrywki: Magic Kingdom, Epcot, Universal Studios, Sea World i niesamowity park rozrywki o nazwie Wet N' Wild. Pomimo naszych ograniczonych środków finansowych mama chciała się upewnić, że mamy pełne doświadczenie i niczego nie przegapiliśmy. Kochałem każdą chwilę. Nawet podczas 45-minutowego czekania na większość przejażdżek mój entuzjazm ledwo osłabł.
W drodze powrotnej z Orlando zatrzymaliśmy się na dwa dni w Nowym Jorku, gdzie mieszkała wówczas moja ciocia Diane. Byłem zahipnotyzowany tym miastem i wkrótce poczułem skrzypienie w szyi od chodzenia z oczami w kierunku drapaczy chmur, co sprawiało, że czułem się jeszcze mniejszy niż zwykle (a późno dorosłem). Diane pracowała w lokalnym barze w Queens i pierwszego wieczoru pojechaliśmy tam odwiedzić. Mądrze kupiła Lauren i mnie dwie podręczne gry komputerowe i wkrótce wycofaliśmy się za róg, aby zanurzyć się w Tetris, podczas gdy mama i Diane doganiały i wymieniały przekomarzanie się z lokalnymi postaciami, które bywały w barze.
Nasz pobyt w Nowym Jorku był krótki, ale jakoś udało nam się wycisnąć wszystkie główne atrakcje. Zostałem oczarowany. I kiedy wsiedliśmy do samolotu do domu z JFK International, wiedziałem, że to miejsce, do którego będę wracać.
Lato, kiedy życie stało się łatwe
W następnych latach ciężka praca i duch przedsiębiorczości mamy, wraz z pojawiającym się rykiem Celtyckiego Tygrysa, zapewniły pieniądze na letnie wakacje w egzotycznych miejscach, z językami obcymi i przewidywalną pogodą.
Pierwszego lata nowego tysiąclecia polecieliśmy samolotem do Algarve w południowej Portugalii, aby spędzić dwa tygodnie w nadmorskim kurorcie z przyjacielem mamy i jego rodziną. To były proste wakacje zorganizowane, ale dla mnie to była przygoda. Całe dnie spędzałam na ćwiczeniu pływania, czytaniu ulubionych książek i rzucaniu nieśmiałych (ale prawdopodobnie mniej niż subtelnych) spojrzeń na starsze dziewczyny wylegujące się przy basenie. Nocą wraz z innymi nastolatkami chodziliśmy do salonu gier, aby zobaczyć, kto może uzyskać najlepszy wynik w jakiejkolwiek grze, i wykorzystać luźne prawo lokalne, kupując (i wspólnie przyglądając się) „dorosłym” kartom do gry.
W następnym roku wybraliśmy się dalej na południe, na Teneryfę. Na tym etapie miałem skończyć 16 lat i zdecydowałem, że gry zręcznościowe i sprośne karty były takie w zeszłym roku. Chciałem wyjść na miasto. Po solidnej dawce słodkich pogawędek (po których nastąpiły stanowcze błagania), mama zgodziła się wyjść ze znajomymi, których tam poznałem, pod jednym warunkiem: wypiję nie więcej niż dwa drinki. Na nieszczęście dla mnie, wszystkie bary, w których byliśmy, nalegały na dawanie nam dwóch drinków i dwóch szotów do każdego kupionego drinka, więc (z powodów całkowicie niezależnych ode mnie, rozumiesz) mogłem skończyć wypijając nieco więcej, niż się umówiliśmy.
Jeśli mama wiedziała, że piję alkohol w połowie masy ciała, nigdy tego nie dawała. W każdym razie była zajęta organizowaniem własnego oszustwa. Widzisz, kilka lat wcześniej, po kilkudziesięciu latach intensywnego palenia (zaczęła, gdy miała zaledwie dziewięć lat), mama uległa naszym prośbom, by rzuciła palenie. Jednak na Teneryfie po każdym posiłku mama zaczynała usprawiedliwiać się „szybkim spacerem na trawienie”. Lauren, która w dojrzałym wieku 13 lat była już ostra jak nóż do sushi i nie była obca naginaniu jednej lub dwóch reguł, zaczęła wyczuwać coś podejrzanego. Chociaż mama cierpiała na problemy trawienne, nigdy wcześniej nie widzieliśmy zastosowania tej metody „przechadzki po jedzeniu”. I dlaczego zawsze chodziła sama? Coś się stało.
Pewnego popołudnia Laura miała dość: zamierzała dowiedzieć się, co się dzieje. Kiedy mama wstała na spacer, Laura odczekała, aż skręci za róg, i pobiegła za nią. I oto za rogiem siedziała mama, zgarbiona jak winna nastolatka, zaciągając się papierosem, jakby to było samo życie. Gra się skończyła.
Rozkładam skrzydła, mama wskakuje na przejażdżkę
Kiedy skończyłem 18 lat, opuściłem dom, aby zamieszkać na kampusie, kiedy zacząłem studia uniwersyteckie. Przez następne trzy lata zapewniałem sobie niezależność, podróżując, gdzie tylko mogłem — podróżując Interrail po Europie, spędzając lato pracując w Nowym Jorku (gdzie reaktywowałem skrzypienie w szyi, mimo że urosłem o kilka cali) — bez rodzica w zasięgu wzroku, rozkoszowanie się tym, że w końcu można zrobić coś niedobrego bez żadnych zasad, których należy przestrzegać (przynajmniej udawać). Dni rodzinnych wakacji były już w mojej przeszłości.
Albo tak myślałem.
Nie udało mi się jednak docenić tego, że pragnienie wędrówki mamy nie osłabło ani trochę, ale pozostało tylko uśpione, ponieważ obowiązki macierzyńskie skłoniły ją do wybierania rozsądnych, przyjaznych dzieciom miejsc na nasze wycieczki. Kiedy osiągnąłem pełnoletność i zacząłem podróżować do bardziej ryzykownych miejsc, mama szukała okazji, by kontynuować tam, gdzie ją przerwała.
Zaczęło się, gdy skończyłem studia i postanowiłem spędzić lato w Azji Południowo-Wschodniej. Mama, w swojej nieskończonej hojności, nalegała, aby zapłacić za moje loty jako prezent urodzinowy z okazji ukończenia szkoły. Miała jednak w zamian jedną małą prośbę: chciała iść ze mną. Nie na cały wyjazd (nie chciała za bardzo krępować mojego stylu), ale przynajmniej na tydzień. Nigdy nie była w Azji i nigdy nie czułaby się komfortowo, gdyby jechała sama, więc była to idealna okazja, by odkryć nowe miejsce.
Byłem pod wrażeniem jej zamiłowania do przygód. W tamtym czasie Tajlandia była już popularnym celem podróży z plecakiem, ale wciąż była poza zasięgiem radarów większości ludzi w kraju. Mimo to na tydzień było bardzo daleko. Sprawdziłem loty i widząc, że większość obejmuje międzylądowania na Bliskim Wschodzie, zasugerowałem, żeby po drodze dołączyła do mnie na dłuższy postój w Bahrajnie, a stamtąd poleciała z powrotem do domu. Mama została sprzedana. Mieliśmy plan.
Pod wieloma względami Bahrajn był jeszcze bardziej egzotyczny niż Tajlandia. Kultura jest niesamowicie różna od tego, do czego byliśmy przyzwyczajeni. Spacerując po centrum miasteczka i tutejszym suku zachwycaliśmy się kalejdoskopem barw, kakofonią dźwięków, nieustannym deszczem powitań, gdy każdy właściciel straganu próbował przykuć naszą uwagę i sprzedać bibeloty, dywany i nakrycia głowy.
To jednak nie wszystkie kolorowe targowiska i czarujący arabscy sprzedawcy. Wkrótce zapoznaliśmy się z osobliwymi sprzecznościami bliskowschodniej moralności. Chodząc ulicami w szortach i podkoszulku, mama nieustannie się gapiła (szczerze mówiąc, nie przeprowadziliśmy zbyt wielu badań na temat odpowiedniego ubierania się w Bahrajnie — mówiłem, że nie jesteśmy zbyt dobrzy w tej turystyce). Niektórzy właściciele sklepów odmówili jej obsługi. A jednak w ekskluzywnych centrach handlowych pokazywanie skóry było zupełnie normalne i w porządku. Potem, grając nocą w bilard w hotelowym barze, podeszło do nas dwóch mężczyzn z Arabii Saudyjskiej, którzy wkrótce zorientowali się, że próbują nas poderwać („ty bierzesz kobietę, ja biorę faceta”, mama przysięga, że potrafiła to zinterpretować).
Następnego dnia poszedłem sam zagrać w bilard w barze z sziszą, gdzie byłem zachwycony tym, jak szybko miejscowi przyjęli mnie jako jednego ze swoich, ale nie byłem pod wrażeniem, gdy zaczęli zachęcać mnie do „pójścia na górę” z jednym z Erytrejczyków kelnerki (które do tej pory zakładałem, że są po prostu bardzo przyjazne). W międzyczasie mama zaprzyjaźniła się z filipińskimi kelnerkami w naszym hotelu, które zwierzyły się, że pomimo długich godzin pracy, niskich zarobków i niewielu praw pracowniczych, które znosiły, uważają się za szczęściarzy: wielu z ich przyjaciół to pracownicy domowi, którzy byli maltretowani rytualnie przez ich pracodawców.
Kilka lat później mama towarzyszyła mi w drodze powrotnej do Nowego Jorku, aby złożyć przysięgę adwokacką w Nowym Jorku. Wyprawa była, na szczęście, mniej bogata w wydarzenia niż nasza przygoda w Bahrajnie, ale nie mniej niezapomniana. Gdy ceremonia dobiegła końca, zastałem mamę rozpromienioną od ucha do ucha, kiedy powiedziałem jej: „Mówiłem ci, że tu wrócimy”.
Zapuszczanie korzeni. I ponownie. I ponownie.
Po wakacjach, które spędziłem w Nowym Jorku w wieku 19 lat, wiedziałem, że nie chcę tylko podróżować do różnych krajów; Chciałem w nich zamieszkać. Przez następną dekadę mieszkałem w sześciu różnych krajach. Mama miała co do tego mieszane uczucia. Z jednej strony chciała, żebym wrócił na żywo do domu. Z drugiej strony perspektywa odwiedzenia mnie niosła pozornie nieskończone możliwości podróżowania. I nie zamierzała pozwolić im przejść.
Pierwsza z nich zaczęła się jednak od katastrofy. Mieszkałem w Madrycie, ucząc angielskiego i próbując nauczyć się hiszpańskiego, wychodząc nocami, popijając garść piwa i pozwalając, by brak zahamowań był moim nauczycielem. Więc chyba nie jest niespodzianką, że rano, kiedy przyjechała mama, zapadłem w śpiączkę po wczorajszej „wymianie językowej” i przespałem cały ranek, zostawiając ją samą na lotnisku Barajas. Obudziłem się z tuzinem nieodebranych połączeń, wpadłem w panikę, oddzwoniłem i ku mojemu nieskończonemu zdziwieniu, podziwowi i wdzięczności odkryłem, że w jakiś sposób, na kilka dni przed Google Maps i tylko z mglistym opisem mojego miejsca zamieszkania, pokonał większość drogi do mieszkania. Pobiegłem na lokalną stację metra, gdzie ją znalazłem, jej twarz zrobiła się czerwona (to znaczy jeszcze bardziej niż zwykle) z gorąca, stresu i złości.
Później, kiedy przeprowadziłam się do Edynburga, mama postanowiła uniknąć ryzyka powtórki incydentu w Madrycie, po prostu mnie podwożąc. Zapakowaliśmy do samochodu wszystko, co było mi drogie, i popłynęliśmy promem przez Morze Irlandzkie. Mama towarzyszyła mi w zwiedzaniu mieszkań iw iście matczynym stylu przynosiła mi zakupy czarnych spodni i sensownych butów do nowej pracy, którą miałam zacząć. Miał to być pierwszy z trzech wyjazdów: później wróciła, żeby zobaczyć, jak urządzam dom z moim pierwszym stałym partnerem, i ponownie, żeby zobaczyć, jak zakładam fantazyjne szaty i odbieram tytuł magistra (i zanim zapytasz, tak, zrobiłem to dotrzeć na lotnisko na czas dla pozostałych dwóch).
W połowie mojego pobytu w Edynburgu Lauren zorganizowała dla naszej trójki wycieczkę do Londynu, gdzie oglądaliśmy musicale na West Endzie i cudem udało nam się uniknąć zadawania głupich pytań o położenie lokalnych atrakcji.
Po Edynburgu przeniosłem się do Amsterdamu. Wkrótce mama była częstym gościem i znała miasto tak dobrze, że mogła przyjechać w piątkowe popołudnie, kiedy byłem jeszcze w pracy, i z łatwością dostać się do mojego biura (to była oczywiście radość, ponieważ niwelowało to wszelkie szanse na nieświadomie zostawiając ją na lotnisku). Kiedy przyjeżdżała, mama zostawała ze mną w jakimkolwiek mieszkaniu, w którym akurat byłam zakwaterowana. Na początku starałem się wykonać obowiązkową rzecz i zrezygnować z łóżka, udając się na kanapę lub, gdy nadeszły ciężkie czasy, na rozkładany futon w kuchni. Ale mając lekki sen, następnego dnia często byłam zmęczona i zrzędliwa, a mama w końcu nalegała, żebym wróciła do łóżka (do dziś nie jestem pewna, na ile ta decyzja wynikała z matczynej miłości, a na ile z brak chęci znoszenia mojej zrzędliwej twarzy,
W przeciwieństwie do większości moich koleżanek, których wizyty rodziców były pretekstem do spokojnego weekendu, pełnego trzeźwych posiłków i zwiedzania, mama zawsze polowała na imprezę, ilekroć przyjeżdżała z wizytą. W niektóre noce wychodziliśmy we dwójkę: były to noce, kiedy rozmawialiśmy przez telefon prawie co tydzień, ale schodziliśmy głębiej pod powierzchnię i dyskutowaliśmy o tym, co dzieje się w naszych umysłach. W inne wieczory mama dołączała do mnie i moich przyjaciół, gdy zwiedzaliśmy amsterdamskie brązowe kawiarnie i nocne bary bluesowe, w tym jeden pamiętny wieczór, kiedy właściciel najfajniejszego baru bluesowego w mieście był tak zachwycony wdziękami mamy, że oboje piliśmy za darmo przez całą noc. noc.
Kiedy w 2019 roku zostałam poproszona o przeprowadzkę do Berlina na cztery miesiące w celu objęcia urlopu macierzyńskiego dyrektora krajowego, mama nie marnowała czasu i zarezerwowała wyjazd. Zachwycona powrotem do Niemiec po tylu latach, rozkoszowała się każdą minutą, chłonąc klimat modnych kawiarni, jedząc ukochane käsestangen i inspirując się lokalnymi galeriami sztuki (w końcu się odważyła i została pełnoetatowy artysta). Poszliśmy na pierwszy pokaz cyrkowy mamy i odwiedziliśmy starą stację szpiegowską przekształconą w galerię sztuki na wolnym powietrzu, gdzie mama kierowała mną w ujęciach godnych Insta.
Powrót do miejsca, w którym wszystko się zaczęło
Dwa lata później, myśląc, że mamie spodoba się wycieczka po Memory Lane, zaproponowałem, że zabiorę ją z powrotem do jej dawnego domu, Lyonu, jako prezent na Boże Narodzenie. Jednak wspomnienia minionych dni w Europie nie przemawiały do niej w tej chwili i zapytała, czy zamiast tego moglibyśmy wrócić do Berlina.
Wspomnienia mają jednak zabawny sposób podążania za tobą. Któregoś wieczoru poszliśmy na obiad do rosyjskiej knajpy, gdzie siedzieliśmy w kruchcie, jedząc obfite słowiańskie żarcie i popijając uzupełniającą wódkę (Mama, zawsze lekka, wypiła tylko pół kieliszka… strzeliła więcej niż kiedykolwiek wcześniej). Kiedy wychodziliśmy, wpadliśmy na kilku moich kolegów, w tym moją szefową i jej chłopaka, którzy właśnie zasiedli do kolacji. Zrobiliśmy obowiązkową rundę przedstawień i odbyliśmy krótką pogawędkę, zanim pożegnaliśmy się i zostawiliśmy ich do jedzenia.
Kiedy odchodziliśmy, mama zapytała o imię chłopaka mojej szefowej. „To Lilevan”, powiedziałem jej, „irlandzki artysta, który tu zapuścił korzenie”. „Jezus”, zawołała mama, „czy wiesz, czy on mieszkał w Monachium w 1984 roku? Wygląda strasznie jak facet, którego znałem, kiedy tam mieszkałem”. „Nie wiem”, odpowiadam, „ale mogę się dowiedzieć”.
Po kilku SMS-ach zostało to potwierdzone: mama i Lilevan przyjaźniły się ze sceną artystyczną w Monachium w połowie lat 80. Memory Lane zapukała. (Kiedy dołączyłem do moich kolegów w poniedziałek, młyn plotek zrobił swoje i doszedł do wniosku, że Lilevan musi być moim tatą, a co za tym idzie, moim szefem czymś w rodzaju macochy. Choć brzmiało to nieodparcie godne opery mydlanej, rzeczywistość była ostatecznie trochę bardziej przyziemny).
Jednak po dwóch latach nadszedł wreszcie czas, aby ponownie odwiedzić Lyon. Kiedy zimowe śniegi odtopią, Lauren, mama i ja udamy się razem do kulinarnej stolicy Francji, aby dodać obrazy i dźwięki do historii, które słyszeliśmy od dzieciństwa. Być może zobaczymy młodą parę, jedno z nich gra na gitarze, podczas gdy drugie uśmiecha się słodko do gapiów, którzy przekazują odwrócony do góry nogami trilby kapelusz. A mama będzie patrzeć z uznaniem, myśląc „to dobry kapelusz mijający zgiełk”.
Potrójna uroczystość
I tak oto dzisiaj, gdy wznosimy kieliszek za diamentową rocznicę przybycia mamy na tę wielką Ziemię, ja też świętuję cztery dekady, odkąd wyruszyła we własną wielką przygodę, 37 lat, odkąd zaczęliśmy razem odkrywać, i 17 lat pojawiała się, gdziekolwiek się znajduję, tylko po to, by upewnić się, że wszystko ze mną w porządku. Nawet kiedy nie ma jej fizycznie, zawsze jest w jakiś sposób obecna w moim sercu i, co bardziej irytujące, w mojej głowie, jej bolesny głos krzyczy „Jezus, synu, bądź ostrożny”.

![Czym w ogóle jest lista połączona? [Część 1]](https://post.nghiatu.com/assets/images/m/max/724/1*Xokk6XOjWyIGCBujkJsCzQ.jpeg)



































