Schwytać
Ważna część mojej praktyki pisarskiej od dawna wynikała z chęci uchwycenia, zatrzymania, uwiecznienia każdego pięknego frazesu, każdego wzniosłego zachodu słońca, każdej chmury, każdej przelotnej myśli, która tańczy w mojej głowie. To właśnie ta pycha pragnienia, by w jakiś sposób doskonale ocalić słowem każdą chwilę, która umiera w czasie, i często odczuwałem udrękę z powodu niedoskonałości słów i ich niemożności choćby zbliżenia się do uczucia oglądania zachodu słońca nad Port Hills lub przyglądając się chmurom tańczącym wysoko na horyzoncie Te Whanganui-a-Tara lub obserwując rozleniwienie pięknej osoby na plaży.
Najbliżej tego, co mi się udało, jest sporadyczne słowo lub fraza, a nawet metafora, które niejasno przywołują konkretną noc lub poranek. Ale to tylko dlatego, że przypominają mi moment, w którym je sobie wyobraziłem. To mnie frustruje, ponieważ to nie siła słów jako takich wywołuje te myśli lub uczucia, ale siła pamięci, którą słowa wyzwalają. Uniemożliwia mi to stwierdzenie, czy inna osoba, czytając te słowa, miałaby choć cień zrozumienia specyfiki pięknego światła tego zachodu słońca, tej wieży cumulonimbus, tej żaglówki. Wiem, że najbliższe im będzie połączenie ich własnych wspomnień o słońcach, chmurach i statkach, i że nigdy nie zrozumieją moichdokładne stanowisko w odniesieniu do tego momentu.
Ponieważ tak bardzo jak lubię udawać obiektywność chwil, to pragnienie ich uchwycenia może obejmować tylko moje własne postrzeganie i subiektywność. Mogę marzyć o uchwyceniu, jak Borges tak często pisze, rzeczy tak doskonale za pomocą słów, że zarówno słowa, jak i rzecz znikają z wszechświata, unicestwiając się nawzajem w niemożliwości dwóch rzeczy dokładnie takich samych. Aby jakoś odgadnąć i wydestylować esencję rzeczy lub momentu na język z pełnym zrozumieniem.
W końcu jednak myślę, że jest to ćwiczenie z intelektualnej postawy. Nie wierzę w świat esencji i chociaż to pragnienie zatrzymania, zatrzymania, schwytania objawia się w rzeczach, myślę, że tak naprawdę chcę też zachować siebie w stosunku do nich, za ich pośrednictwem. Staram się uchwycić nie tylko precyzyjny promień słońca, kąt nachylenia żagla czy krzywiznę fali, nie tak naprawdę. Staram się uchwycić raczej moment poczucia estetycznego, jaki doznaję w odniesieniu do tych częściowych obiektów, wzdęcia umysłu, smutku, radości, refleksji. Być może to nie efemeryczność świata doprowadza mnie do szału najbardziej, ale efemeryczność mojego własnego umysłu i uczuć. To marzenie o nieśmiertelności dla mnie i dla świata, bo ostatecznie jedno i drugie jest nierozłączne.
Pisałem już wcześniej o tym, jak to jest pisać, jak niemożliwe byłoby pisanie, gdybym nie był w stanie zadeklarować, z najwyższym narcyzmem, że jestem największy. Nie sądzę, żebym mógł pisać, gdybym nie miał poczucia, że to, co mam do powiedzenia, jest wyjątkowe iw jakiś sposób wieczne, pierwsze tego rodzaju, jakie pojawiło się na światowej scenie. I to jest dziwne, móc to powiedzieć i jednocześnie uznać niezdarność mojego pisania, wciąż tak naprawdę tylko juwenaliów, i rozpoznać, jak wiele z tego zostało zebrane i zebrane od innych autorów, których podziwiam, i jak dalece odbiega od jakość tego pisania we własnej głowie.
Czy to oznacza, że ta potrzeba nieśmiertelności pojawia się, ponieważ uważam, że zasługuję na nią ze względu na jakąkolwiek wyimaginowaną wielkość i chwałę, które posiadam? Czy to tylko złudzenie wielkości? Nie, nie wierzę, że to tak działa. Być może jest to po prostu smutek za wszystkimi chwilami, o których zapomniałem, za wszystkimi i wszystkim, co straciłem w tak krótkim czasie (zaledwie dwie i pół dekady). I że narcyzm jest mechanizmem przetrwania rozwiniętym po to, bym mógł uwierzyć, że mogę to wszystko odzyskać, a jeśli nie, to przynajmniej spowolnić utratę wszystkiego, co ma nadejść. Jeśli uda mi się jakoś porozumieć (pomimo całkowitej niemożliwości tego aktu), to nic nie będzie stracone, ja nie będę stracony, bo pewnego dnia, za dziesięć tysięcy lat, ktoś może przeczytać zdanie, które napisałem i pomyśleć, że rozumie .
Zacząłem nagrywać filmy przedstawiające bezruch, pejzaże chmur i rośliny na wietrze oraz własną dłoń pieszczącą skały. Nagrane gównianą kamerą mojego telefonu, są to ziarniste, trzęsące się rzeczy, dalekie od prawdziwego piękna świata niż którekolwiek z moich słów. A jednak — wciąż coś przekazują. Wydaje się, że to droga na skróty i być może tak jest, ale dla mnie miło jest mieć taki zapis życia. Ponieważ filmy są tak wizualne, że łatwo zapamiętać, jak to było stać na zboczu wzgórza, oglądać to niebo, słuchać tego miasta. Nie wiem co, ale robią coś, czego nie potrafią słowa. I zastanawiam się, czy to moja wina, że moje słowa nie są w stanie uchwycić tego, co jest w tych samotnych filmach, czy też po prostu istnieją różnice w medium. Pierwszy film, z mojego miesiąca spędzonego w Christchurch w czasie przerwy świątecznej, znajduje się poniżej.

![Czym w ogóle jest lista połączona? [Część 1]](https://post.nghiatu.com/assets/images/m/max/724/1*Xokk6XOjWyIGCBujkJsCzQ.jpeg)



































